Parafia p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Środzie Wielkopolskiej

Aktualności

Strona 1 z 2 (w sumie 20) | Następna » | Powrót do strony głównej

lut 6 2014

11:28
KSIĘDZU INFUŁATOWI ALEKSANDROWI W DNIU 80 ROCZNICY URODZIN Administrator

W morzu wdzięczności, życzliwości, podziękowań i życzeń, jakie w dniu dzisiejszym spływają na Ciebie, Czcigodny Księże Infułacie Aleksandrze, przyjmij i nasze, skromne acz z głębi serca płynące podziękowania i życzenia.

Dziękujemy za współpracę, za każdą chwilę nam poświęconą, za ojcowską opiekę, za każde miłe i za każde pouczające słowo ku nam skierowane, za przychylność dla naszych przedsięwzięć, za cierpliwość dla naszych niedoskonałości i za to że mimo nich pozwalałeś nam trwać przy Naszej Drogiej Kolegiacie jako jej sztandarowy i reprezentacyjny Chór.
Dziękujemy za ciepło, którym stopiłeś w niejednym nieufność i lęk, za ogień miłości do Boga,  którym obdarowałeś wielu, którym Bóg był dalekim i obojętnym, za wszystkie pochwały i krytyczne uwagi.
Dziękujemy  za Twoje kapłaństwo, za Twoją obecność wśród nas i za wszystkie Twoje dobre dzieła.
I dziękujemy Bożej Opatrzności za to, że spotkaliśmy Ciebie na naszej drodze,

Życzymy Ci Czcigodny Jubilacie by Dobry Bóg obdarzył Cię siłami i zdrowiem na długie jeszcze lata wspólnej ofiary z Chrystusem na chwałę Bożą i dla dobra tych, którzy na swej życiowej drodze spotkają Ciebie  - Drogi Kapłanie.

                                                                                                                Chór Kolegiacki pod onpieką Św. Cecylii
                                                                                                          Sympatycy Chóru
                                                                                                              admin www

lis 25 2013

15:36
PRO MEMORIA Administrator
SĄ CHWILE I LUDZIE, KTÓRYCH SIĘ NIE ZAPOMINA...

Ze smutkiem przekazujemy informację, którą otrzymaliśmy przed chwilą. W wieku 81 lat, w 56 roku kapłaństwa zmarł ksiądz kanonik Wojciech Raczkowski, długoletni proboszcz w parafii Najświętszego Serca Jezusa w Środzie Wielkopolskiej, wspaniały kapłan, dobry człowiek, przyjaciel ludzi.

NASZ PRZYJACIEL... NA ZAWSZE W NASZYCH SERCACH...

Requiem aeternam dona eis Domine et lux perpetua luceat eis
wrz 25 2013

23:52
140 PIESZA PIELGRZYMKA DO BIECHOWA Administrator
/zdjęcia: www.kolegiata-sroda.pl/  
sie 24 2013

23:40
HISTORIA SPOTKANIA PO 74 LATACH - III Administrator
Poszukiwania grobu Bronisławy Raweckiej: Historia spotkania po 74 latach - część III - ostatnia

- Tuż po wojnie miałem taki przypadek. Znaleźliśmy coś razem z kolegą i bratem. Nie wiedzieliśmy, co to było. Ale bardzo chcieliśmy zajrzeć do środka. Z kolegą wyrywaliśmy sobie to coś z dłoni. I nagle to coś wybuchło - opowiada ks. Aleksander Rawecki Prawdopodobnie był to zapalnik od miny. Koledze ks. Aleksandra urwało dwa palce od jednej dłoni, a ramię drugiej ręki tak pokiereszowało, że musiano je w szpitalu amputować. Kiedy poszedł odwiedzić kolegę, ten powiedział mu: - Zobacz, chciałem zostać księdzem, ale już nie zostanę.
Kilkunastoletniemu Aleksandrowi ta historia bardzo utkwiła w głowie. - Moja mama była ponoć bardzo religijną osobą. Marzyło się jej, aby ktoś z jej synów został księdzem. Ja długo się przed tym broniłem. Chciałem pójść na biologię i naukę o ziemi na uniwersytecie. Ale złożyłem dokumenty także do seminarium. Dokumentów było około 80, a przyjmowali 46. Czasami sobie myślę, że to kapłaństwo to ofiara mojej mamy - mówi ks. Aleksander.


Akt zgonu i ksiądz Oziębłowski

W 1984 roku ks. Aleksander pojechał do Kutna i razem z kolegą księdzem obeszli cały cmentarz św. Wawrzyńca szukając wspólnych mogił. Był bowiem przekonany, że matka w tych trudnych czasach wojennych została pochowana w grobie wspólnym.
Kutno przeszło bowiem w 1939 roku prawdziwą gehennę. To w okolicach tego miasta w dniach 9 - 12 września miała miejsce bitwa nad Bzurą. Kutno znajdowało się, co prawda, poza granicami bezpośrednich walk wojsk lądowych, ale przez miasto przeszły wycofujące się wojska polskie. 16 września do Kutna weszli Niemcy.
W tamtych dniach bombardowano pociągi, dworce kolejowe oraz budynki mieszkalne. W kolejnych miesiącach w miejscowości doszło do masowych wysiedleń, aresztowań, a później również do utworzenia żydowskiego getta. Brat urodzonego w Środzie Arthura Greisera - namiestnika Kraju Warty, Otto, objął w Kutnie funkcję prezesa spółdzielni „Wspólna Praca" oraz był zastępcą burmistrza i honorowym radnym.
Podczas wizyty w kościele św. Wawrzyńca, miejscowy proboszcz odszukał akt zgonu Bronisławy Raweckiej. Akt został wystawiony dopiero 31 grudnia 1939 roku.
„Działo się to w mieście Kutnie trzydziestego pierwszego grudnia 1939 roku o godzinie szesnastej. Stawili się pełnoletni z Kutna Józef Umiński doktór i Franciszka Ostrowska siostra zakonna i oświadczyli, że dnia trzydziestego września roku bieżącego o godzinie czternastej minut trzydzieści umarła w Kutnie Bronisława Rawecka, zamężna lat dwadzieścia trzy mająca, urodzona w miejscowości Mendgenele w Niemczech córka Franciszka i Agnieszki z domu Michalskich, zamieszkała w Lesznie przy ul. Lipowej N. 52. Po przekonaniu się o zgonie Bronisławy Raweckiej, akt ten stawiającym przeczytany podpisaliśmy. Ks. M. Oziębłowski."
Ks. Michał Oziębłowski to dla polskiego Kościoła postać ważna. Wyświęcony w 1938 roku trafił do parafii św. Wawrzyńca w Kutnie. Hitlerowcy aresztowali go 6 października 1941 roku. Najpierw wywieziony do Lądu, a następnie do niemieckiego obozu koncentracyjnego Dachau jako numer 28201. Zmarł na skutek tortur i głodu w wieku 42 lat 31 lipca 1942 roku. W 1999 roki został beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników.

Gdzieś na cmentarzu w Kutnie

Wszystko wskazuje na to, że Bronisława Rawecka została pochowana właśnie na cmentarzu parafialnym św. Wawrzyńca. Marta Marzec, prawnuczka sołtysa, u którego mieszkali Raweccy w 1939 roku, kontaktowała się z parafią i w spisach osób pochowanych na tym cmentarzu nie ma nazwiska Raweckiej, ale nie ma też śladu po mogiłach zbiorowych, które na pewno tam były. Być może nie było czasu, aby w tamtych czasach je odnotować.
W Kutnie jest też drugi cmentarz przy ul. Łąkoszyckiej, ale z tego co dowiedziała się Marta Marzec, regularne pochówki zaczęły się na nim dopiero w 1941 roku. Kiedy Niemcy wysadzili pociąg w 1939 roku, zmarli byli chowani na cmentarzu św. Wawrzyńca, choć do aktu terroru doszło bardzo blisko Łąkoszyc. W księgach cmentarza przy ul. Łąkoszyckiej nazwiska Raweckiej nie ma.
Jest książka o cmentarzu parafii św. Wawrzyńca. - Mam nadzieję, że jednak znajdziemy jakiś ślad. Zaangażowało się w to już tylu ludzi w Kutnie i Gostyninie, że w końcu coś uda się wskazać - mówi pełen nadziei ks. Aleksander Rawecki.
Ale wiemy już, że w książce nie ma nic, co chociażby zasugerowało jakiś ślad.
Ks. Rawecki podkreśla, jak bardzo to dla niego ważne. Przez całe lata nie lubił chodzić na cmentarz. Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny były dla niego trudnym doświadczeniem. Regularnie zaczął uczestniczyć w uroczystościach w te dni dopiero, kiedy został proboszczem. Wcześniej za każdym razem w myślach przychodził mu do głowy obraz opuszczonego grobu matki, mogiły, o której nikt nie pamięta, na której nikt nie zapali świeczki. Dlatego chciałby to nadrobić teraz.
- Jakie to musiało być trudne doświadczenie dla 23-letniej kobiety, która umiera i zostawia troje małych dzieci u zupełnie nieznajomych ludzi, w czasie wojny - mówi ksiądz Aleksander.
Miała nadzieję wrócić do Francji
- Mój dziadek wyjechał za pracą do Francji. Mama urodziła się w Niemczech. Miała jeszcze dwie siostry. Mój dziadek pracował w kopalniach koło Lille. To właśnie tam, także w poszukiwaniu pracy, przyjechał z Polski mój ojciec. Tam poznał moją mamę i po jakimś czasie się pobrali. Ja urodziłem się we Francji - opowiada ks. Aleksander.
Kiedy w 1934 roku trwał tam jeszcze kryzys, Francuzi chcieli pozbyć się Polaków. Polacy musieli wpłacać jakąś kwotę pieniędzy, wykupić się, aby zostać. Ale ojciec ks. Aleksandra powiedział, że Francuzom nie będzie się kłaniać i postanowił zabrać rodzinę do Polski. Reszta została. Już w Polsce urodziło się rodzeństwo Aleksandra - Ludwik i Helena.
W Polsce zamieszkali w Lesznie. Ale żyli skromnie, jeśli nie bardzo biednie. Aleksander Rawecki ma ostatni list, jaki jego mama napisała do swojej siostry Marii do Francji. List jest datowany na 1938 rok. Bardzo liczyła, że uda im się wrócić do ojca i sióstr. List wysłała bez znaczka, na koszt siostry, prosząc o wybaczenie. „Ale skoro nie ma na kromkę chleba, to skąd wziąć na znaczek..." - pisała.
Po 50 latach Aleksander dostał ten list od cioci Marii. Rodzinę we Francji odwiedzał dopiero począwszy od połowy lat 80. Dziadka z Francji widział raz, kiedy przyjechał on na prymicję.
- Odwiedzić rodzinę pojechałem dzięki księdzu Baraniakowi, który we Francji trafił do parafii, gdzie wzięli ślub rodzice, a ja sam byłem chrzczony - opowiada średzki infułat. Paradoksalnie, ks. Rawecki był w tym czasie w parafii w Polsce, gdzie chrzczony był ks. Baraniak.
Co ciekawe, ta rodzina we Francji kiedyś bardzo nieświadomie mu pomogła. Kiedy uczył się w liceum, próbowali go werbować funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Ks. Aleksander nie mógł im powiedzieć, że myśli o seminarium. Ale ktoś z rodziny poradził mu, aby powiedział o dziadku i ciociach we Francji. Tak zakończyło się werbowanie.
 
Poszukiwania trwają

Ks. Aleksander i jego przyjaciele nadal szukają grobu. Chcą sprawdzić, kim była siostra zakonna Ostrowska, która figuruje w akcie zgonu. Może jakiś ślad pojawi się w dokumentach zakonnych. Wiadomo, że jakaś siostra zakonna przysłała zegarek oraz obrączkę po Bronisławie Raweckiej. Były też jakieś pieniądze, a siostra zakonna napisała, że dała je na mszę za duszę Bronisławy.
Być może siostra Ostrowska była szarytką, bo szarytki były wówczas w Kutnie... A z szarytkami Środa ma przecież dobre kontakty.
W ubiegłym tygodniu ks. Aleksander był w Lesznie i szukał informacji o matce chrzestnej Ludwika, która odbierała rodzeństwo Raweckich z Lubieńka koło Gostynina w 1939 roku. Jak się okazało, nie była ona spokrewniona w rodziną Raweckich, nie wyszła za mąż, a zginęła w katastrofie kolejowej.
Czasami ks. Aleksander zastanawia się, jak to się stało, że w 1939 roku trafili z mamą pod Kutno. Przecież Bronisława Rawecka chciała jechać do Wielichowa koło Rakoniewic, do swojej teściowej, a to przecież miejscowość w Wielkopolsce. Trudno powiedzieć, czy pomyliła pociągi, czy ktoś ją źle wsadził. Była zawierucha wojenna.
Gdyby nie to, pewnie dotarliby do babci i tam przeczekali wojnę...

/Zbigniew Król/
sie 24 2013

23:21
HISTORIA SPOTKANIA PO 74 LATACH - II Administrator
Rozmawiali, jakby znali się od zawsze: Historia spotkania po 74 latach - część II

Znaleźć grób matki, albo chociaż miejsce, gdzie została pochowana, bo grobu już na pewno nie ma - to był mój cel - mówi ks. Aleksander Rawecki. Dzisiaj, po tym, jak odnalazła się rodzina, która pomogła na początku wojny Bronisławie Raweckiej i jej dzieciom, nadzieja na odnalezienie pochówku matki jest w infułacie znacznie większa.
Marta Marzec z Gostynina niedaleko Kutna usłyszała kilka tygodni temu opowieść swojego dziadka Jana Pruszyńskiego o kobiecie, która razem z trojgiem dzieci trafiła do wsi Lubieniek. Po wojnie dziadek chciał odnaleźć rodzinę, ale nie udało mu się, choć pamiętał nazwisko - Rawecka.
Marta Marzec wpisała je do internetu. W wyszukiwarce pojawił się artykuł z „Gazety Średzkiej" - „Nie lubiłem klusek z makiem", w którym ks. Aleksander Rawecki opowiedział swoją historię. Nie było wątpliwości, że to ten Rawecki. Marta Marzec nawiązała korespondencję z Chórem Kolegiackim pod opieką św. Cecylii. Doszło do spotkania.
Dziś druga część opowieści, którą zaczęliśmy tydzień temu.


Spotkanie w Gostyninie

Ze Środy przyszła informacja: Chcemy przyjechać. Tak szybko, jak się da... Marta Marzec przekazała tę informację swojemu dziadkowi. Ostatecznie ustalono, że ks. Aleksander przyjedzie do Gostynina 25 lipca. W drogę razem z nim ruszyli samochodem Przemysław Piechocki, Michał Mikołajczak i Michał Haince.
Cała rodzina Pruszyńskich była bardzo podekscytowana. - Zastanawialiśmy się, jak przyjąć takiego gościa. Przecież to taka niezwykła, wybitna osobistość. Nawet podpytywałam Przemka Piechockiego. Ale on śmiał się i mówił, żeby nic nie szykować, bo po prostu bardzo zależy im na spotkaniu - opowiada Marta Marzec.- Zastanawiali się, czy infułat przyjedzie w tej swojej kolorowej sutannie - uśmiecha się Michał Mikołajczak.
Jan Pruszyński ponoć nie lubi domowej krzątaniny, tego całego sprzątania, gotowania, szykowania. Ale tym razem widząc, jak wszystko jest szykowane, tylko się uśmiechał. Sam posprzątał podwórze.
Na wysokości zadania stanęła babcia Marty, żona Jana Pruszyńskiego, która wszystko dokładnie zaplanowała. Było śniadanie, obiad, kawa. Aby spotkać się z ks. Raweckim niektórzy wzięli urlopy. Najbardziej niesamowite było to, że wszyscy rozmawiali ze sobą, jakby znali się od zawsze, jakby byli rodziną.
W pewnym sensie tak przecież jest. Jan Pruszyński i Aleksander Rawecki znają się od 1939 roku, czyli od 74 lat. Tyle, że z tak samo długą przerwą.

Jan Pruszyński pamięta.

Jan Pruszyński ma 80 lat, mieszka w Gostyninie. Jest o rok starszy od Aleksandra Raweckiego. Po wojnie skończył szkołę, przez 10 lat pracował jako ślusarz, a potem do emerytury jako kierowca. Jeździł po Polsce, często do Wrocławia.
W latach 80. zatrzymał się Lesznie. Poszedł do tamtejszego magistratu. Miał nadzieję, że dowie się czegoś o Raweckich. Ale nikt nie chciał mu udzielić informacji. Często w myślach wspominał Bronisławę Rawecką i jej dzieci. Może trochę czuł, że powinien ich odnaleźć, bo bardzo tego chciał także jego ojciec - sołtys Lubieńka, Stefan Pruszyński. Sołtys zmarł w 1984 roku.
- Po wybuchu wojny przez naszą miejscowość przejeżdżało wielu ludzi. Część zatrzymywała się na parę dni. Pamiętam, jak w sadzie zatrzymała się grupa około 200 ludzi. Trwały wówczas bombardowania i niemiecki samolot spuścił tutaj dwie bomby. Jedna trafiła w sam środek stawu i nikomu nic nie zrobiła. Druga okazała się niewypałem i została rozbrojona przez saperów dopiero po wojnie - opowiada Jan Pruszyński.
W tym czasie do domu jego ojca Stefana Pruszyńskiego, który był sołtysem wsi, zapukała młoda kobieta z trójką dzieci. Jan Pruszyński, mimo że miał wówczas zaledwie 6 lat, pamięta ładną, zaledwie 23-letnią mieszkankę Leszna. Poprosiła jego ojca o pomoc. O kwaterę.
Sołtys Stefan Pruszyński przydzielił kwaterę u sąsiadów. Ale po nocy, następnego dnia, okazało się, że pani Rawecka bardzo źle się czuje, skarżyła się na bóle brzucha. Zaopiekowały się nią żona sołtysa Maria oraz sąsiadka. Ale Rawecka czuła się coraz gorzej.
Sołtys próbował szukać pomocy. Było to już po wkroczeniu do Kutna wojsk niemieckich. Okoliczne szpitale, między innymi ten w Gostyninie, nie przyjmowały cywilów, gdyż przejęło je wojsko. Stefan Pruszyński pojechał więc do Kutna i tam okazało się, że może przywieźć chorą. Dobrze znał niemiecki, więc bez problemu dogadywał się.
Sołtys zaprzągł konie do wozu, zabrał Bronisławę Rawecką i przewiózł ją około 25 - 30 km do Kutna. Tam ją zostawił. Po kilku dniach pojechał, ale było coraz gorzej. Kiedy minęły następne dni i wybrał się rowerem do Kutna, dowiedział się, że kobieta nie żyje i została już pochowana.
Wrócił do domu, najpierw powiedział swojej rodzinie, a dopiero potem rodzeństwu Raweckich. Wszyscy płakali. - Pamiętam łzy małego Aleksa - mówi Jan Pruszyński

Dzieci nie oddamy

Jan Pruszyński opowiada też, że jego ojciec po kilka dniach pojechał do Gostynina, do zajętego przez Niemców magistratu, aby dowiedzieć się, czy dostanie jakąś zapomogę na sieroty. Ale spotkał się z kategoryczną odmową. Niemiecki urzędnik powiedział mu, że dzieci może oddać, zostaną zgermanizowane.
Sołtys wrócił do Lubieńka i zebrał wszystkich mieszkańców, aby zadecydowali, co robić. Mieszkańcy nie mieli wątpliwości. - Nie było mowy o oddaniu dzieci Niemcom. We wsi wszyscy powiedzieli, że jeśli nasze dzieci będą miały co jeść, to wystarczy także dla małych Raweckich - mówi Jan Pruszyński. - Dzieci mieszkały w każdym domu po kolei, co dwa dni zmieniały miejsce pobytu. - Jeśli ktoś wyrządził dzieciom jakąś przykrość, Aleks przychodził do mojego ojca i mu opowiadał, co się stało. Traktował go jak swojego tatę i opiekuna. A mój ojciec traktował ich jak swoje dzieci, szedł i załatwiał sprawę.
Sołtys Stefan Pruszyński starał się też odnaleźć rodzinę dzieci. Na ubraniach, na tylnej stronie kołnierzyka, mieli oni naszyty kawałek materiału z imieniem i nazwiskiem oraz adresem. Sołtys pisał tam, ale nie było żadnego odzewu. Napisał więc do magistratu w Lesznie, wreszcie do polskich parafii.

Ciocia odbiera dzieci

To właśnie w jednym z kościołów koło Leszna, matka chrzestna Ludwika Raweckiego, młodszego brata Aleksandra, podczas ogłoszeń parafialnych usłyszała o tym, że koło Gostynina są dzieci. Ksiądz podał jej adres i pojechała tam.
Ciocia Aleksandra, Helenki i Ludwika była w Lubieńku przez dwa dni. Razem z Marią Pruszyńską wyszykowały dzieci, a sołtys Stefan odwiózł ich na pociąg do Gostynina.
- Kiedyś miałem rekolekcje w Poznaniu, na Górczynie. Już po wszystkim podszedł do mnie proboszcz i powiedział, że podeszła do niego kobieta, która jechała z nami pociągiem z Kutna, kiedy wracaliśmy z ciocią. Ona doskonale nas zapamiętała, bo ciocia opowiadała naszą historię w pociągu. W tym samym przedziale jechało jeszcze trzech niemieckich żołnierzy. Oni także wsłuchali się w historię i mówili, że nie chcieliby, aby przeszły przez to ich dzieci. I dali nam ponoć po tabliczce czekolady - mówi ks. Aleksander Rawecki.
Kobieta z pociągu była ponoć tak wzruszona, że zabrała ich wszystkich do Rakoniewic, gdzie mieszkała, tam wykąpała dzieci i nakarmiła. Dopiero potem pojechali dalej, do babci do Wielichowa. Kobieta później zamieszkała w Poznaniu.
Kilka miesięcy, czy dłużej?
- Mój ojciec często mówił o tych trzech malcach. Potem ja opowiadałem. Chciałem wiedzieć, co się z nimi stało i ta historia nie dawała mi spokoju. A teraz wszystko się wyjaśniło dzięki mojej wnuczce - mówi Jan Pruszyński. I nie kryje, że płacze, kiedy układa sobie tę historię w głowie.
W Gostyninie są jednak przekonani, że Aleks, Helenka (o której wszyscy tam mówią Zosia) oraz Ludwik byli w Lubieńku znacznie dłużej niż kilka miesięcy. - Moim zdaniem, wyjechali od nas w 1940 roku albo w 1941 - mówi Jan.
Aleksander Rawecki jest zaś przekonany, że było to tylko kilka miesięcy, a już Boże Narodzenie 1939 roku spędzał z dziadkami i rodziną. Ale dzisiaj ks. Aleksander nie ma już takiej pewności. Pewne rzeczy zacierają się w pamięci.
Kontakt cioci Aleksandra Raweckiego z rodziną Pruszyńskich trwał krótko. Napisała jeden list, w którym podawała, że ojciec dzieci jeszcze nie wrócił z wojny, a potem drugi - informując, że już jest.
Kontakt się urwał. Nie ocalały żadne adresy. Ks. Aleksander Rawecki pamięta, że ciocia ponoć zginęła w katastrofie kolejowej. Pociąg, w którym jechała, mieli wysadzić partyzanci.

Pamięć na zawsze

Spotkanie w Gostyninie dla wszystkich jego uczestników pozostanie w pamięci na zawsze. Michał Mikołajczak: - Do teraz brzmią mi w uszach pierwsze słowa pana Jana skierowane do ks. Raweckiego: „Tyle lat". Z pewnością niemożliwe byłoby, żeby się gdzieś poznali, żeby siebie pamiętali, a już od początku rozmawiali ze sobą, jakby znali się od lat. To spotkanie było czasem na wspomnienia, przybliżanie historii - opowiada.
Z Gostynina wszyscy pojechali do wsi Lubieniek, w której mieszkała w czasie wojny rodzina Pruszyńskich. Pan Jan postanowił jechać drogą, którą najprawdopodobniej 74 lata temu przeszła Bronisława Rawecka z trójką swoich dzieci.
Potem spacerowali po tej malutkiej wsi. - Dziś mieszkają już tam tylko cztery rodziny, w czasie wojny było ich 16. Dziś najmłodszym mieszkańcem miejscowości jest 60-letni sołtys - opowiada Michał Mikołajczak.
Jan Pruszyński wskazał dom, który należał do jego rodziców. Tak schronili się Raweccy w 1939 roku.
- Tam urósł taki las, ale domy wyglądają dziś biednie - mówi ks. Aleksander Rawecki. Jan Pruszyński pokazał, gdzie mieszkali, gdzie było jezioro, które już zarosło. Było znów wzruszająco.
Kiedy ks. Aleksander i jego towarzysze udali się w drogę powrotną do Środy, Jan Pruszyński wziął laskę i poszedł na spacer. Chciał pobyć sam. Uporządkować myśli. - Uśmiecha się od tamtego czasu. Mówi tylko o tym wydarzeniu, rozmawia ze sobą - opowiada Marta Marzec, jego wnuczka.

/Zbigniew Król/
sie 24 2013

22:06
HISTORIA SPOTKANIA PO 74 LATACH - WIZYTA W LUBIEŃKU - W OBIEKTYWIE MARTY MARZEC I MICHAŁA MIKOŁAJCZAKA Administrator
Podróż - tą samą drogą, którą przeszła p. Rawecka ze swoimi dziećmi...
 ... przyjazd do Lubieńka i pierwsza rozmowa po 74 latach ...
 
 ... wspomnienia przy rodzinnym stole ...
 
 ... tu na kołnierzyku miałeś napisane imię nazwisko i datę urodzenia ...
 
... Ks. Infułat czyta jedyny dokument jaki posiada - dotyczący śmierci Jego Matki ...
 

 ... dom w którym w czasie okupacji mieszkał Ks. Infułat ...
 
 ... wspomnień ciąg dalszy  ...
 
 ... w miejscu gdzie nastąpił zrzut bomb...
 
 ... pamiątkowy wpis do kroniki rodzinnej ...
 
... Ks. Infułat Aleksander Rawecki i Jan Pruszyński znowu razem ...

Marta Marzec ma 29 lat. Mieszka w 20-tysiecznym Gostyninie, niedaleko Kutna. Studiowała nauki o rodzinie na warszawskim Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Od miesiąca pracuje jako asystent rodziny w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, uczy także w szkole średniej wychowania do życia w rodzinie. Wcześniej była terapeutą.

To dzięki niej ta historia, po 74 latach ma swój ciąg dalszy ...

sie 24 2013

22:05
HISTORIA SPOTKANIA PO 74 LATACH - I Administrator
Ksiądz Aleksander odnajduje rodzinę, która pomogła mu w czasie wojny.
Historia spotkania po 74 latach - część I

Ksiądz Aleksander Rawecki stracił matkę w 1939 roku. Miał wówczas 5 lat. Uciekali wtedy z Leszna przed Niemcami, trafili w okolice Kutna. Zawsze bardzo chciał odnaleźć grób matki i rodzinę, która im wtedy pomogła. Ale nie znał nazwy miejscowości, nazwisk. Nazwisko Rawecki zapamiętała za to tamta rodzina. Mimo że minęły 74 lata
To niezwykła historia. Jeśli ktoś się łatwo wzrusza, nie powinien jej czytać. Nawet twardzielom może popłynąć łezka z oka... Bo jest to historia o ludziach, którzy ostatni raz widzieli się 74 lata temu, we wrześniu 1939 roku. Potem szukali się latami, ale bez skutku. Aż niespełna miesiąc temu coś się wydarzyło.

Niech dziadek opowie o wojnie

Marta Marzec ma 29 lat. Mieszka w 20-tysiecznym Gostyninie, niedaleko Kutna. Studiowała nauki o rodzinie na warszawskim Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Od miesiąca pracuje jako asystent rodziny w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, uczy także w szkole średniej wychowania do życia w rodzinie. Wcześniej była terapeutą.
Jeszcze podczas studiów pracowała jako wolontariuszka w hospicjum w Warszawie. - Zawsze byłam taka społeczna - śmieje się. - Ponoć to po pradziadku, który był już przed wojną sołtysem w Lubieńku i zawsze chciał każdemu pomóc.
Gostynin leży w województwie mazowieckim, pomiędzy Kutnem a Płockiem. Lubieniek trudniej znaleźć na mapie. To maluteńka miejscowość położona około 10 km od Gostynina na południowy wschód.
- Mam dwie córki, 6-letnią Maję i 4-letnią Igę. Dzieciom czasami się wydaje, że wszystko im się należy. Pomyślałam więc, że wpadniemy do mojego dziadka, a ich pradziadka, aby opowiedział im, jak to było podczas wojny i po niej, aby od osoby, która to przeżyła, dowiedziały się, jak ciężko wtedy było dzieciom - opowiada Marta Marzec.
Dziadek Marty Marzec - Jan urodził się w 1933 roku. Swoim dzieciom i wnukom często opowiadał historie wojenne. Chętnie zaczął więc opowiadać także Mai i Idze.
- Słuchałam opowieści o tym, jak na początku wojny do ich domu trafiła młoda kobieta z trojgiem małych dzieci. Mój pradziadek, który był wówczas sołtysem w Lubieńku, przygarnął ich. Ale kobieta ciężko zachorowała i niedługo potem zmarła. Zostało troje dzieci. Najstarszy miał na imię Aleks. Miał 5 lat. Choć opowieści wojennych dziadka słuchałam wiele razy, to tę, jestem przekonana, słyszałam po raz pierwszy - mówi Marta.
Kiedy później pytała o tamte wydarzenia swoją mamę i brata, okazało się, że oni słyszeli ją niejeden raz. Kuzyn Marty Marzec także historię znał doskonale. W szkole napisał nawet wypracowanie opisując całe zdarzenie z 1939 roku i dostał za nie piątkę.
Historia bardzo ją zaciekawiła. Maja i Iga pobiegły się bawić, a Marta wypytywała swojego dziadka o szczegóły. Dziadek pamiętał nazwisko kobiety i dzieci - dwóch chłopców Aleksandra i Ludwika oraz dziewczynki o imieniu Zosia. Jak się miało okazać, 3-letnia wówczas dziewczynka miała na imię Helena. Nazywali się Raweccy.

Niespełnione marzenie księdza Aleksandra

Ksiądz infułat Aleksander Rawecki ma 79 lat. Od kilku lat jest na emeryturze. W Środzie znają go wszyscy, a większość żałuje, że już nie jest proboszczem w kolegiacie. Są tacy, którzy z tego powodu popłakują czasami w swoich domach. Kiedy kilka tygodni temu jego stan zdrowia bardzo się pogorszył i leżał w szpitalu w Środzie, na apel o krew dla infułata odpowiedziały dziesiątki średzian.
W szpitalu odwiedzało go wiele osób. Martwili się. - Tak naprawdę żałuję jednego. Że nie udało mi się odnaleźć grobu mojej mamy. Że nie zapaliłem świeczki na jej mogile - mówił ks. Aleksander Agnieszce Piątek, dziennikarce „Średzkiej".
Ksiądz infułat zdawał sobie sprawę, że grobu matki już na pewno nie ma. Minęło przecież tyle lat - dokładnie 74. W 1984 roku był w Kutnie. Obszedł cmentarz parafii świętego Wawrzyńca i nie znalazł żadnej zbiorowej mogiły. A przypuszcza, że w czasie wojny jego matka została pochowana w takim grobie. Pytał kopaczy, ale nic nie wiedzieli.
- We wrześniu 1939 roku moja mama razem z nami, swoimi dziećmi, uciekała pociągiem przed Niemcami. Ojciec był wówczas zmobilizowany do wojska. Jechaliśmy w okropnych warunkach, w bydlęcych wagonach. Pamiętam, jak nas nakrywała, bo było nam strasznie zimno. Trafiliśmy do jakieś małej miejscowości koło Kutna. Nie pamiętałem nazwy - opowiada ks. Aleksander. - Mama zmarła w szpitalu, miała 23 lata. Miałem nadzieję, że może rodzina, u której mieszaliśmy wiedziała, gdzie została pochowana. Może sołtys zabrał jej ciało ze szpitala i pochował na jakimś małym cmentarzu. Ale nie miałem jak znaleźć tej rodziny. Przecież nawet nie znałem nazwy miejscowości, w której wtedy byliśmy.
Nie mogło jej także pamiętać rodzeństwo Aleksandra - Helena i Ludwik. Byli młodsi od Aleksa, jak na niego wtedy mówili. Helena miała 3 lata, a Ludwik dwa. Wspomnienia wojenne zupełnie im się zatarły. Oboje już nie żyją.
Ksiądz infułat pogodził się z myślą, że to, na czym mu zależy nie zostanie wyjaśnione.

Marta wpisuje nazwisko do internetu

Jan Pruszyński ma 80 lat. Jest dziadkiem Marty Marzec, system sołtysa z Lubieńka, który pomógł Raweckim i zawiózł Bronisławę Rawecką, matkę Aleksandra do szpitala. To on opowiedział historię wojenną swoim prawnuczkom Idze i Mai.
Jan Pruszyński zawsze chciał bardzo odnaleźć dzieci pani Raweckiej. W latach 80. był nawet w Lesznie, gdzie, jak przypuszczał, mogli oni mieszkać, ale w magistracie odmówili mu pomocy w odszukaniu rodziny.
Wiele razy zastanawiał się, co stało się z dziećmi, czy żyją, co robią. Pamiętał także ich matkę. - Młoda, bardzo ładna kobieta - mówi.
Uśmiechał się, kiedy jego wnuczka Marta powiedziała, że poszuka Raweckich w internecie. - Myślisz, że znajdziesz ich w tym swoim komputerze? - pytał z niedowierzaniem dziadek Jan.
Marta wpisała do wyszukiwarki nazwisko - Aleksander Rawecki. Na pierwszej pozycji ukazała się galeria zdjęć, a w niej ksiądz. Na drugiej odnośnik do artykułu zatytułowany „Nie lubiłem klusek z makiem". Przeczytała natychmiast.
Był to wywiad z grudnia ubiegłego roku, który ksiądz Aleksander Rawecki udzielił „Gazecie Średzkiej". Mówił tam: „Moje dzieciństwo przypadło na czas okupacji, a pierwsze świadome święta Bożego Narodzenia przeżyłem bez rodziców. Było to w 1939 roku, miałem wówczas 5 lat. 30 września 1939 roku pod Kutnem zmarła moja mama, ojciec był wtedy na wojnie. Jako dzieci w tej zawierusze wojennej zagubiliśmy się gdzieś i przez kilka miesięcy, począwszy od września do grudnia, rodzina nas poszukiwała".
- Dla mnie to był prawdziwy szok. Nie miałam wątpliwości. To musiał być 5-letni Aleks, który 74 lata temu mieszkał u mojego pradziadka w Lubieńku. To na pewno syn pani Raweckiej! - opowiada Marta Marzec.
O swoim odkryciu opowiedziała najpierw swojej mamie, a ta poradziła jej, aby dozowała dziadkowi emocje. - Nie wytrzymałam, następnego dnia wszystko mu powiedziałam - mówi. Janowi Pruszyńskiemu stanęły łzy w oczach...

List do Chóru Kolegiackiego

Marta Marzec jeszcze tamtej nocy szukała kontaktu w Środzie. Znalazła stronę parafii kolegiackiej. Ale tam nie uzyskała pomocy.
Mieszkanka Gostynina to jednak uparta kobieta. Przeglądając internet znalazła informację sprzed kilku tygodni, że ks. Aleksander czuje się lepiej i wychodzi ze szpitala. Zaintrygowało ją to. Szukała dalej i coraz więcej wiedziała. Źródłem informacji był profil Chóru Kolegiackiego pod wezwaniem świętej Cecylii na Facebooku.
Napisała maila.
Ośmielam się napisać do Państwa w dość nietypowej sprawie. Niedawno mój dziadziuś opowiadał nam kolejne wspomnienia z czasów wojny. Wiele z nich słyszeliśmy już kilka razy, ale tym razem opowiedział nam coś, czego nie słyszeliśmy wcześniej.
Chyba w 1941 roku do wsi pod Gostyninem, czyli do rodzinnej wsi dziadka przyszła kobieta z trójką małych dzieci, nie miała gdzie mieszkać i prosiła o pomoc. Pradziadek był sołtysem i obiecał pomoc, a do tego czasu kobieta z dziećmi zamieszkała u moich pradziadków, którzy sami mieli trzech synów. Niestety matka dzieci zachorowała niedługo po przybyciu do wsi, a okoliczne szpitale były przepełnione. Pradziadek wozem zawiózł panią Rawecką do szpitala w Kutnie, tam niestety zmarła.
Dziadziuś ze łzami w oczach opowiadał jak przekazano wiadomość małemu Olkowi i Ludwikowi. Powiedział, że do końca życia nie zapomni tego bólu w ich oczach.
Rodzina dziadka była biedna, nie starczało na wyżywienie dla domowników, pradziadek próbował wyprosić pomoc na utrzymanie dzieci pani Raweckiej, ale propozycja była taka, aby dzieci zgermanizować. Pradziadek jako sołtys zwołał naradę i mieszkańcy wsi nie zgodzili się na oddanie dzieci, wymyślili, że co dwa dni dzieci będą mieszkały u innego mieszkańca wsi, aż po około roku znalazła się matka chrzestna jednego z maluchów i dzieci zabrała do siebie.
Od tego czasu dziadziuś nie miał z nimi kontaktu, kiedyś próbował ich szukać, ale bezskutecznie. Obiecałam, że teraz spróbuję ja i trafiłam na ten artykuł „Nie lubiłem klusek z makiem". Jestem przekonana, że mały Olek ze wspomnień dziadka to ksiądz infułat Aleksander Rawecki.

Długa cisza w słuchawce

Opowiada Marta Krzysztofiak, jedna z osób administrujących stroną Chóru Kolegiackiego pod wezwaniem Świętej Cecylii w Środzie: - Wieczorem zauważyłam na fanpage\'u chóralnym wiadomość od pani Marzec. Pierwsze wrażenie to był szok. Jeszcze wieczorem wysłałam Przemkowi Piechockiemu, dyrygentowi i szefowi chóru smsa. To było około 22:30. Następnego dnia zawiozłam wydruk całego maila, a on zadzwonił do ks. Aleksandra.
Przemysław Piechocki powiedział ks. infułatowi, że list napisała kobieta, której pradziadek zajmował się księdzem krótko po śmierci jego mamy. Być może będzie ona też wiedzieć, gdzie jest pochowana mama księdza.
Szef chóru zapytał, czy ksiądz chciałby się z tą panią skontaktować. W słuchawce zapadła długa cisza. - Choćby dziś - odpowiedział po chwili ks. Aleksander Rawecki.
Marta Krzysztofiak odpisała do Marty Marzec: Szanowna Pani Marto, Dziękuję za wiadomość. Muszę przyznać, że historia Pani Dziadka bardzo wzruszyła chórzystów, którym przekazałam informację o Pani liście. Informacja dotarła za pośrednictwem pana Dyrygenta do Księdza Infułata, który wyraził ogromną chęć nawiązania kontaktu z Panią.

Ksiądz Aleksander jedzie do Lubieńka


- To wszystko wydawało się takie niemożliwe. Że zapamiętali nazwisko i imiona. Pamiętali imię mojego brata. To było bardzo wzruszające - mówi ks. Aleksander Rawecki.
Równo tydzień temu - w czwartek 25 lipca - do Gostynina koło Kutna wybrali się ks. Aleksander Rawecki, Przemysław Piechocki, Michał Mikołajczak i Michał Haince. Czekała tam na nich cała rodzina z 80-letnim Janem Pruszyńskim na czele. Niektórzy na tę okazję wzięli urlopy.

/Zbigniew Król/
sie 24 2013

21:47
HISTORIA SPOTKANIA PO 74 LATACH Administrator
Zapewne zdziwisz się nieco Gościu naszej strony zobaczywszy na naszych "łamach" informację, która z pozoru nie związana jest z działalnością Chóru. Jest to opis wydarzeń, które swój początek miały 74 lata temu, w tragicznych wrześniowych dniach 1939 roku a finał, nieoczekiwanie i niespodziewanie wręcz, pewnego lipcowego dnia tego roku, kiedy to...
Nie uprzedzajmy jednak faktów...
Opisana historia dotknęła człowieka, który dla naszego Chóru jest postacią szczególną. To człowiek, któremu Chór, Środa, parafia zawdzięcza bardzo, bardzo wiele. To nasz mentor, opiekun, przewodnik i mecenas. Jesteśmy Mu winni, by przekazać tą historię innym, raz - jako hołd dla jego tragicznych, dziecięcych przeżyć a dwa - jako dowód na to, że czasem ludzka ciekawość, życzliwość i bezinteresowna pomoc potrafią pomóc przypadkowi rozwiązać sprawy wydawałoby sie nierozwiązywalne.
Czynimy to zaś, zamieszczając artykuły, które ukazały się w trzech kolejnych wydaniach Gazety Średzkiej, pióra redaktora Zbigniewa Króla, z fotograficzną dokumentacją pp. Marty Marzec i Michała Mikołajczaka. 
sie 21 2013

07:00
ŚPIEWAMY MARYI Administrator
W dniu 15.08.2013r. w Kościele Św Jadwigi we Wrześni odbył się koncert Chóru Kolegiackiego pod opieką Św. Cecylii z udziałem solistki Teatru Wielkiego w Poznaniu pani Barbary Kubiak wraz z kwintetem dętym orkiestry symfonicznej "Castle Brass". Tematem koncertu były Pieśni Maryjne.
Na koncert przybyło wielu mieszkańców Wrześni oraz delegacja fanów muzyki chóralnej i klasycznej ze Środy Wlkp. na czele z Ks. Infuatem Aleksandrem Raweckim.
Przybyli mogli usłyszeć tego wieczoru m. in. Ave Maria- G. Cacciniego i Ave Maria – M. Lorenca, Santa Maria (Zagubiony na świecie tym…), Panis Angelicus, Laudate Dominum i Va pensiero.
Wszystkim słuchaczom dziękujemy serdecznie za obecność.

Współorganizatorem koncertu było: Stowarzyszenie Pro musica
Opr. Marta Krzysztofiak
Foto: Łucja Szurpicka i Michał Mikołajczak
 
maj 28 2013

21:22
KONCERTOWANIE W BLIZANOWIE Administrator
W dniu 26.05.2013r. Chór Kolegiacki pod opieką Św Cecyli śpiewał na Mszy świętej oraz na Festynie Parafialnym w Blizanowie. Chór udał się tam na zaproszenie Ks. Tomasza Strzeleckiego – proboszcza Parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Blizanowie. Mszy przewodniczył Ks. T. Strzelecki, który serdecznie najpierw witał Chór ze Środy Wlkp., a na zakończenie Mszy skierował wiele ciepłych słów chwaląc go i dziękując za oprawę muzyczną Mszy świętej. Po Mszy oprowadził Chór po kościele i opowiedział jego historię, a potem zaprosił na ciepły i smaczny posiłek.
O godzinie 15.00 rozpoczął się Festyn Parafialny na którym Chór zaprezentował się ze świeckim repertuarem, który spodobał się zgromadzonym i został nagrodzony gromkimi brawami. Po koncercie chórzyści mieli możliwość skorzystać festynowych atrakcji m. in. jazdy bryczką, skoków na trampolinie itp.
Opr. Marta Krzysztofiak
Foto: Łucja Szurpicka
 

Strona 1 z 2 (w sumie 20) | Następna » | Powrót do strony głównej